Pamiętam, jak
mając kilkanaście lat, odkryłam „Buszującego w zbożu”, którego przeczytałam
jednym tchem. To była jedna z tych
lektur, przy której czytając ostatnie zdanie żałujemy, że to już koniec. Byłam
zafascynowana bohaterem, jego buntem i poszukiwaniem celu. Sama bowiem
przeżywałam podobny etap życia, w którym neguje się cały świat. Dlatego pewnie
zachwycała mnie ta zwyczajna opowieść o młodym pogubionym człowieku. Historia
bez patosu, wzniosłych słów, ale dzięki temu jakże prawdziwa. Ukazywała bowiem
rzeczywistość kilkunastoletniej osoby, która właśnie w ten sposób patrzy na
otoczenie.
Po wielu latach
w pamięci pozostał mi jedynie ogólny klimat powieści Salingera. „Buszujący w
zbożu” kojarzył mi się z historią chłopaka, który sprzeciwił się otaczającej go
rzeczywistości, normom społecznym i wyruszył w drogę w poszukiwaniu celu.
Wydawało mi się, że jest to nie tylko ciekawa historia, ale również utwór
mówiący coś ważnego. Dlatego też zaskoczyło mnie, gdy jedna z moich uczennic,
stwierdziła, że dawno nie czytała tak nudnej i bezsensownej książki.
Postanowiłam odświeżyć pamięć i po raz kolejny przeczytałam opowieść Salingera
i cóż za rozczarowanie. Zamiast fascynacji pojawiło się znudzenie. Przy tym
bohater też stracił swoją niezwykłość. Nie jawił mi się już jako zbuntowany,
zagubiony chłopak, tylko zwyczajny egoista.
Holden nie ma bowiem żadnych ideałów, wyższych celów. On po prostu dąży
do przyjemności. Chce dostać wszystkie przywileje dorosłości, wciąż będąc
dzieckiem. Jego idealne życie to po prostu sama zabawa bez obowiązków. Taki
bunt nie wzbudza sympatii, lecz bardziej politowanie. Chłopak żyjący bez
jakiegokolwiek celu

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz