wtorek, 3 kwietnia 2012

Sto lat samotności

Jeśli miałabym stworzyć listę książek, do których z pewnością jeszcze kiedyś wrócę, to Sto lat samotności znalazłoby się w czołówce. Nie tylko dlatego, że ujął mnie realizm magiczny Marqueza, jego wspaniały styl i wyjątkowy zmysł obserwacji, ale również z powodu ilości wątków. Autor stworzył olbrzymią ilość wyrazistych postaci i fascynujących historii, które nie sposób spamiętać po pierwszym przeczytaniu. Jeden raz nie wystarczy też na uporządkowanie sobie natłoku myśli i uczuć wywołanych lekturą. Dlatego wiem, że jeszcze wiele razy sięgnę po Sto lat samotności, aby móc przenieść się w ów magiczny świat Marqueza.



Pierwsze spotkanie z tą lekturą nie jest łatwe. Ogrom  intryg, uczuć, ludzkich zachowań czy skandali seksualnych może spowodować, że momentami będziemy czuli się zagubieni, jednak równocześnie ta różnorodność zachwyca. Powieść sprawia, że nawet najbardziej magiczne momenty stają się dla nas czymś naturalnym. Marquez prowadzi nas po niezwykłym świecie, kierując nas wzrok na sprawy piękne, trudne czy po prostu interesujące.
Wielowątkowość tego dzieła jest jego olbrzymim atutem. Niektórzy porównują Sto lat samotności do telenoweli brazylijskiej, jednak jest to zupełnie nietrafna analogia. Nie mamy bowiem pustych dialogów, sensacyjnych zdarzeń i nic poza tym. Autor przepięknym językiem oprowadza nas po historii rodu, odkrywając przy tym różne oblicza samotności. Przepiękne słowa i równie cudna opowieść, więc jak można szukać w tej książce podobieństwa do telenoweli i dialogów typu:
- Armando nie rób tego.
- Właśnie, że zrobię.
- On cie zabije - krzyknęła, zasłaniając ręką twarz.

Z pewnością Sto lat samotności jest bardziej subtelne i otwiera przed nami całą gamę emocji i uczuć, a nie tylko zazdrość, nienawiść czy miłość, jak to bywa w serialowych tasiemcach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz