Słońce zaczęło powoli przywracać świat
do życia. Na ulicy pojawili się pierwsi przechodnie, którzy jakby w półśnie
przemykali w stronę przystanku. Piekarnia dostarczała porcję świeżego pieczywa,
a kioskarz rozkładał pachnące drukiem gazety. Ludzie zaczynali swoje rytualne
przygotowania do nadchodzącego dnia. Ten ogólny nastrój delikatnego poruszenia
wyraźnie zaburzał mój nocny lokator. Wcale nie miał ochoty wstawać i po raz
kolejny zmierzać się z rzeczywistością. Wolał pozostać w stanie błogiego snu, o
który tak długo musiał walczyć. Wypite hektolitry wódki w końcu przyniosły
skutek i teraz mógł spokojnie popaść w zapomnienie. Obok w koszu leżały resztki
jego wybawienia. O czym śnił? Chciałabym wiedzieć. Niestety raczej nie podzieli
się ze mną swoimi marzeniami po przebudzeniu. Oni często milczą. Posiedzą
jeszcze chwilę, żeby przyzwyczaić wzrok do światła, a nogi do twardego podłoża.
Później bez słowa odchodzą w poszukiwaniu nowego miejsca, lepszego zapomnienia
albo po prostu uciekają ode mnie i od siebie. Tak biegną donikąd, aż padną na
kolejnej ławce... Chyba się budzi. Czuję to nerwowe poruszenie. Próbuje jeszcze
przeczekać, ale już mu się nie uda długo pozostać w stanie nieważkości. Walczy,
walczy…znowu przegrywa. Słońce zaczyna przedzierać się mu przez powieki. Kaszle
– to oznacza koniec snu. Zawsze tak jest. Teraz przetrze oczy i niechętnie
usiądzie. Ja zaś czekam na przemowę. Tak dawno już nikt do mnie się nie
odezwał. Potrzebuję tego…
- Ale gorąco.
- Straszny upał. Co ja mam ze sobą
zrobić? Ugotuję się jak nic. W dupie mam takie życie. Cały czas pod górkę.
Pracy nie ma, bo podobno nie nadaję się. Kobiety nie takie, pieniędzy brak i
jeszcze ta pogoda. A mama powtarzała: „Życie jest piękne”. Co ona tam
wiedziała? Od małego wpychają nam te głupoty do głowy. Miało być pięknie, a
wyszło jak zawsze. To jest niepodważalna prawda. Jedyna rzecz, na której można
polegać. Nigdy nie zawodzi. Nie pęknie jak ta pieprzona prezerwatywa. A skąd
miałem jej dać na dziecko? Sam chodziłem głodny. Znalazła teraz bogatego i są
szczęśliwi. Krzyżyk na drogę. A ja ją kochałem i dziecko chyba też, choć nie
miałem na to szansy. Chciałem im pomagać, ale ona mnie odrzuciła. Miałem zacząć
kraść? Mam pewne zasady. Wiele z nich złamałem, jednak nie chcę się do końca
poniżyć. A jeśli on istnieje? Niech wie, że nie jestem zły. Niech da mi ten
swój wieczny spokój. Ale gorąco. Muszę znaleźć jakiś cień, bo zaraz zdechnę.
To tyle? Myślałam, że jakoś bardziej mi
się odwdzięczy za tę noc. Nie odchodź jeszcze. Zostań ze mną choć chwilę.
Powiedz jakieś miłe słowo. Nie słucha, odchodzi tym swoim chwiejnym krokiem, a
mi znowu pozostają chwile samotności. Faktycznie zapowiada się wyjątkowo upalny
dzień. Dzisiaj jedyna nadzieja w tak zwanych „plażowiczach”, którzy uwielbiają
smażyć się na słońcu. Chyba, że po południu ktoś przyjdzie. Wtedy w ofercie
będę miała trochę cienia i to zupełnie gratis. Kiedyś to było zupełnie inaczej
– jakoś tak spokojniej, bez pośpiechu. Ludzie potrafili przelewać kolejne
minuty, pozwalając im równomiernie uciekać przez palce. Na ulicach czuło się
marazm, takie wszechstronne spowolnienie, a ja co chwilę miałam gości.
Posiedzieli, pogadali i mogli tak godzinami. Nie gonił ich tykający zegarek,
dzwoniący telefon czy ten wyścig szczurów. Spytacie z czego żyli? Z pracy, ale
nie stawała się ona ich sensem. Może w ogóle nie mieli celu bądź po prostu
wciąż go szukali. Albo odkryli tą pierwotną prawdę, o której teraz wszyscy
zapomnieli. To były piękne czasy. Teraz to nawet mamy z tymi maluchami w
wózkach gdzieś się spieszą, bo obiad, pranie, sprzątanie, bank, rachunki,
dodatkowe zajęcia, no i ten facebook. Tyle się o nim nasłuchałam. To chyba jakaś
nowoczesna wersja poczciwej ławki. Ludzie przychodzą, odchodzą, gadają ze
znajomymi i tymi nowo poznanymi, a czasem po prostu mówią do siebie czy rzucają
coś w przestrzeń. Tylko, że nie wychodzą z domu. Jakoś nie mogę się do tego
przyzwyczaić. Brakuje mi tych kontaktów twarzą w twarz. Chyba ktoś się zbliża.
No tak starsze pokolenie.
- No co tam Aldonko u ciebie słychać?
- Po staremu, po staremu. Wnusia mnie
ostatnio odwiedziła.
- Ewunia? To już chyba dorosła pannica.
Czy ma jakąś sympatię?
- Jej to nie w głowie chłopcy. Ciągle w
tych książkach. Teraz będzie się doktoryzować.
- Ja w jej wieku to już byłam dawno
mężatką.
No tak wtedy ludzi jakaś siła pchała ku
sobie, a teraz każdy idzie tylko w swoją stronę.
- Ja już w jej wieku miałam nawet córkę.
Ale teraz jest inaczej. A co u Kuby? Był ostatnio?
- Moje wnuki to już mają swoje życie. Co
tam będą odwiedzać starą babę. Sama siedzę całymi dniami i powiem ci, że już
czekam, aż mnie ten na górze wezwie. Jakoś się nie kwapi.
- A może przyjdziesz na nasze czwartkowe
spotkania literackie? Będziemy rozmawiać o „Makbecie”.
Pamiętam jak kiedyś studenci szkoły
teatralnej uczyli się roli. Siedzieli u mnie cały dzień, a ja mogłam choć
trochę zapoznać z mistrzem dramatu. Szekspir w wydaniu młodych, pełnych zapału był
wyjątkowy. Zamierzchłe czasy.
- Gdzie tam, ja się nie nadaje na takie
spotkania. Ze mnie taka literatka, że szkoda słów. Całe życie spędziłam w
garach.
- Ja tam lubię te nasze czwartki. Na
ogół kończą się ploteczkami, a do tego Ilonka zawsze przynosi wspaniałe
frykasy. Wiesz, że ona potrafi zrobić cuda z niczego. Tak wykwintnie, a za
niewielkie pieniądze. O właśnie jest promocja cukru w Biedronce. Może
pójdziemy.
- Ja to już muszę wracać do domu.
Jeszcze nie ugotowałam obiadu.
Naprawdę taka jestem niewygodna?
Dlaczego nikt nie może rozkoszować tą chwilą oderwania od codziennych trosk i
możliwością wygadania. Zupełnie nie rozumiem tego ich gonienia za czymś. Ja to
potrafię całymi dniami stać bezczynnie i jest mi z tym całkiem dobrze. A już na
pewno nie spieszyłabym się do pustego domu. Co ją tam czeka? Porcja kaszy ze
skwarkami, wytarta kanapa i trzeszczące radio. Już wolę być tutaj wśród drzew i
pooddychać sobie świeżym powietrzem, a nie tym zatęchłym smrodem. Czyżby na
horyzoncie pojawiła się „plażowiczka”? Nawet przyprowadziła jakiegoś berbecia w
wózku. Zapowiada się narzekanie na ciągły bałagan w domu, sprzątanie, pranie,
gotowanie i ten nieustający płacz. Często już przerabiałam te problemy. Jestem
więc gotowa na wszystkie smutki tego świata. No wyżal się duszyczko.
- Halo. Jesteś tam? Nie słyszę cię. O
teraz lepiej. Teraz jestem na spacerze z małą. Może jeszcze godzinkę
pochodzimy, później możesz wpaść do nas.
- …
- Generalnie popołudnie mam już wolne.
Wieczorem będę musiała trochę popracować, ale to już jak Maja pójdzie spać.
- …
- Jak będziesz miała dzieci to też się
zorganizujesz. Macierzyństwo to nie jest więzienie, tylko uzupełnienie pewnej
części życia. Teraz inaczej patrzę na świat i powiem ci, że jest pięknie.
Zresztą spróbujcie z Kubą, to sama zobaczysz. To co widzimy się o 14? Do
zobaczenia.
Nie wierzę własnym uszom. Dawno ktoś
mnie tak nie zaskoczył. A gdzie narzekanie, marudzenie i wylewanie żalów. Moja
teoria z psychologii runęła w gruzach.
- I co tam dziubdziaku? Podoba ci się
dzisiejsze słoneczko?
- Kak.
- Niedługo przyjedzie do nas ciocia
Ania.
- Ciacia.
- Tak, ciocia. Teraz pójdziemy na plac
zabaw. Musimy się trochę wyszaleć i podzikusować.
- Opa, opa.
- Tak poskaczemy, pobujamy się na
huśtawce i pozjeżdżamy na zjeżdżalni.
- Huśtu buju.
- No to biegiem.
Jakaś szalona ta mamuśka. Biegnie
pchając wózek, a na dodatek do wszystkich się tak głupio szczerzy. Pewnie
dlatego ludzie się za nią oglądają i robią te swoje oburzone miny. Sprawia
wrażenie jakby normalnie wygrała w totolotka. A co ona właściwie ma? Dziecko to
same kłopoty - płacze, marudzi i trzeba mu poświęcać sto procent uwagi. Na
dodatek nawet nie można z nim pogadać. To jego ciacia i kak. Można zwariować.
Do tego, skoro już siedzi w domu z małą, to na pewno musi też sprzątać, gotować,
a wieczorami jeszcze pracuje. Gdzie ona ma chwilę dla siebie? Nawet nie jest w
stanie pomyśleć, kim jest. Nie rozumiem skąd u niej ta radość. A może właśnie
wynika z braku czasu. Żyje w tej swojej nieświadomości i nie ma chwili, żeby
zastanowić się nad problemami świata, jej otoczenia i własnymi. W tym swoim
pędzie uciekła od rzeczywistości. Zresztą nie moja sprawa. Kiedyś ktoś jej zada
cios, który położy te wszystkie jej „tirlipirli” i uśmieszki. Żal mi jej.
Ale widzę, że zaraz będzie młodzieńczy
powiew. Uwielbiam takich zakochanych licealistów żyjących w tym swoim
wyidealizowanym świecie. W planach wielka miłość, szczęście i zmienianie świata
na lepsze. Za parę lat czeka ich codzienne osiem godzin w pracy, trzy godziny w
korkach, wieczorna kłótnia i otępiające wpatrywanie się w telewizor, a może
brak perspektyw, pieniędzy i tylko niespełnione marzenia, które co jakiś czas
przedostają się do świadomości zwalając ją bezlitośnie z nóg. Teraz są piękni,
zdrowi, szczęśliwi. Cudnie się przytulają, a jak namiętnie całują. Te nieśmiałe
muśnięcia, które zaraz przeobrażą się w eksplozję uczuć. Zupełnie bezwstydnie,
bez żadnych zahamowań obnoszą się z tą swoją cielesnością. No pewnie niech
ludzie zobaczą swoje wyparte z pamięci życie. Teraz się oburzają, a przecież
byli tacy sami. Musieli o tym zapomnieć, bo inaczej nie byliby w stanie
przetrwać kolejnego dnia, który ograbia ich z resztek godności. Uwielbiam taki
młodzieńczy zryw emocji. Choć nie spodziewam się raczej ciekawych konwersacji,
ale ten niewinny erotyzm wszystko mi wynagrodzi. Miny przechodniów będą
natomiast wisienką na torcie. Muszę mieć jakieś drobne przyjemność w tym moim
trwaniu. Szkoda, że ta ekstaza potrwa chwilę, a zaraz przysiądzie jakiś
niezadowolony z życia biznesman czy zamartwiająca się życiem nastoletniej córci
mama. Właściwie to już w ogóle niewiele
osób się pojawi, bo zaczyna się ściemniać. Większość ludzi siedzi w domach i
odprawia te swoje codzienne rytuały. Rodzinne kolacje bez słowa, wspólne oglądanie
seriali, samotne piwo albo to smutne dobranoc wypowiedziane bezgłośnie. Gdzieś
ktoś płacze, a gdzie indziej znów pojawiają się łzy radości. Dzieci nie chcą
iść spać, bo obawiają się, że jak zasną to zniknie im świat, który tak kochają.
Dorośli marzą natomiast o tej chwili zapomnienia z nadzieją, że następnego dnia
zastaną nową rzeczywistość. U mnie natomiast impreza dopiero się zaczyna. Zaraz
pewnie pojawią się nocni towarzysze, przyjaciele od butelki pełnej magicznego
specyfiku, który jest zarazem ich utrapieniem. Już słyszę to charakterystyczne
szuranie w oddali. Nie wiem czemu, ale uwielbiają moją gościnę. Może chodzi o
to drzewo, które stwarza klimat intymności i osłonienia. Chyba czują się po
prostu u mnie bezpiecznie. Tak jakby byli w zacisznym kącie jakiejś modnej
restauracji. Nareszcie dotarli na miejsce.
- Bo ja ci powiem, że uwielbiam to nasze
gadanie.
- Ja też Włodku. Taka chwila
wytchnienia.
Pamiętam kiedyś przyszło takich dwóch
przyjaciół. Wzajemne słowa uwielbienia wprost kipiały w powietrzu. Jeden za
drugiego życie by oddał i pomógł w każdej sytuacji. W takim tonie rozmawiali
kilka godzin. Wprawdzie z minuty na minutę mówili coraz bardziej niezrozumiale,
to jednak z gestów i przyjacielskich poklepywań można było wyczytać, co mają na
myśli. Nagle sytuacja zmieniła się diametralnie. Jakoś gwałtownie się
zachmurzyło niebo i chwilę później lunął straszny deszcz. Jeden z nich
postanowił więc szybko wracać do domu. Natomiast drugi, choć pewnie też miał
taką wolę, to jednak nogi odmawiały mu posłuszeństwa. I co, myślicie, że razem wrócili?
Pomógł dotrzeć przyjacielowi do jakiegoś schronienia? Oczywiście, że nie.
Pobiegł do domu i zostawił tego drugiego moknącego na ławce, a tamten próbował
wstać. Po jakichś 15 minutach mu się udało, ale zaraz przewrócił się znowu. Tym
razem wytaplał się w błotnistej kałuży. Przez godzinę oglądałam jego zmagania -
ciągłe upadki i triumfalne podniesienia. W tej walce pomagałam ja, drzewo, kosz
na śmieci, a przyjaciel siedział w domu i dopijał butelkę. Z nimi pewnie jest
tak samo.
- Tak sobie myślę nad tym światem i
powiem ci, że wciąż mnie zaskakuje. Niby wszystko widzimy i możemy po swojemu
zrozumieć, a jednak cały czas pozostają niedopowiedzenia.
- O czym mówisz?
- Chodzi mi o ludzi. Ciągle rozmawiamy,
ale czy rzeczywiście jesteśmy w tym prawdziwi. Nasze słowa nie oddają myśli, a
i myśli nie do końca oddają uczucia. Wtłaczamy w ten świat mnóstwo kłamliwej
papki.
- Chyba trochę przesadzasz Włodku.
- Wiesz jaka jest moja teoria?
- No jaka?
- Gdyby wszyscy ludzie zaczęli mówić
prawdę, to w ciągu trzech dni świat przestałby istnieć.
- A może ty masz rację.
- Ja to wiem.
- To co po flaszeczce?
- Wystarczy Stasiu. Zachowajmy resztki
godności.
Jednak wciąż mnie zaskakuje ta moja
codzienność. Jeszcze wiele muszę się nauczyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz